Niedziela [24.10.2010, 16:37]
Miałem wątpliwości po przeczytaniu GD Paris na temat winy afery rozpętanej przez PiS w 2007 roku, która spowodowała spadek wykonanych w Polsce transplantacji organów. Wynikały one z tego, że mimo niezaprzeczalnej medialnej nagonki na środowisko lekarskie które rozpoczął pan Ziobro i spółka nie widziałem bezpośredniego przełożenia pomiędzy spadkiem transplantacji a drastycznym spadkiem zaufania ludzi do lekarzy jak to sugerowała Paris. Zazwyczaj nic nie jest czarno-białe, więc obarczanie winą rządów PiS za stan rzeczy w 2007 roku jak i w kolejnych latach wydało mi się nieco naciągane. Tym bardziej że jest powtarzane wręcz we wszystkich mediach jakie udało mi się znaleźć jako jedna z głównych "zbrodni" PiS jakie popełniło za czasów swoich rządów.
Ale do rzeczy. Zacznę od prawa. Zgodnie z ustawą z dnia 1 lipca 2005 r. o pobieraniu, przechowywaniu i przeszczepianiu komórek, tkanek i narządów (czytaj) - art. 5: "Pobrania komórek, tkanek lub narządów ze zwłok ludzkich w celu ich przeszczepienia można dokonać, jeżeli osoba zmarła nie wyraziła za życia sprzeciwu.". W Polsce w centralnym rejestrze sprzeciwów są zgłoszenia od 33 tys. osób. Od pozostałych teoretycznie lekarze mogą więc pobierać narządy - i to już od lipca 2005 roku. Oczywiście nie robią tego na przysłowiowego "chama". Jak mówi koordynator ds. transplantacji, lekarz anestezjolog w jednym z podkarpackich szpitali doktor Tadeusz Nowosad "Gdyby lekarze tak robili, to zaraz o tym byłby powiadomiony prokurator, zaalarmowane byłyby media. Dlatego z rodziną chorego się rozmawia, przekonuje. I to jest teraz moje zadanie jako koordynatora ds. transplantologii. To są bardzo trudne rozmowy, pewnie nie zawsze będą kończyły się pobraniem narządów". Wiadomo - problem przekazania rodzinie przytłaczających wieści i jednoczesne proszenie ich o zgodę na pobranie narządów jest naprawdę trudną sprawą, z moralnego i etycznego punktu widzenia. Ale nie z punktu widzenia prawa - tu sprawa jest jasna. Może to nieco okrutne ale taka zgoda nie jest po prostu potrzebna.
Teraz nieco o etyce i moralności. I o obawach które mają krewni zmarłego lub bardzo ciężko chorego zakwalifikowanego do przeszczepu. Czego się boją? Powodów jest wiele. Pokutuje na przykład przeświadczenie, że w sytuacji zagrożenia życia osoby, która zadeklarowała dawstwo swoich organów, lekarze niezbyt usilnie ją ratują, licząc na pobranie narządów po jej śmierci. Wiele osób uważa też, że dostęp do transplantacji nie jest sprawiedliwy, a narządy trafiają w pierwszej kolejności do pacjentów bogatych i sławnych. Niektórzy natomiast mniemają, że pobrane organy mogą być za duże pieniądze sprzedawane na czarnym rynku. I obawy te są nawet dla mnie zrozumiałe, ale po drugiej stronie barykady stoją z nadzieją ludzie którym te organy uratują życie. A skoro specjaliści twierdzą, że tkanki i organy pobrane od jednej osoby mogą uratować życie nawet 50 innych osób, więc dla mnie osobiście (podkreślam, że to wyłącznie moje zdanie) dylematy rodziny nad zmarłym i jego "przyległościami" są nieco małostkowe. Jemu naprawdę już do niczego się nie przydadzą.
Natomiast sprawa rządów PiS i spadku wykonywanych przeszczepów. Skoro Paris odesłała mnie do stron Poltransplantu, zaciekawiony zerknąłem na ową stronę i cóż znalazłem? Zgodnie z biuletynem z roku 2007 (czytaj) Za prof. Januszem Walaszewskim, dyrektorem Poltransplantu: "Po raz pierwszy od dziesięciu lat liczba zidentyfikowanych w 2006 r. zmarłych dawców narządów w Polsce wykazała tendencję spadkową. W większości województw (...) liczba zgłoszonych dawców była niższa w porównaniu z 2005 r. Zmniejszenie liczby zmarłych dawców z 14,5 na 1 mln mieszkańców w 2005 roku do 13,0 w roku ubiegłym spowodowało spadek liczby wykonanych przeszczepów o około 150. W roku 2005 przeszczep otrzymało 1400 biorców, a w 2006 r. 1257". Jak więc widać kryzys zaczął się zanim jeszcze wyniknęła afera z doktorem G. Co więcej, w niektórych rodzajach przeszczepów ten kryzys zaczął się znacznie wcześniej. Na przykład spadek liczby przeszczepów wątroby zaczął się istotnie dopiero w 2006 roku, ale zmniejszanie się liczby transplantacji serca znacznie wcześniej. Ich liczba obniżała się od 121 w 2003 r. do 104 w 2004 r. i 95 w 2005 r. Rok 2006 to znów 95 transplantacji serca.
Nie twierdzę, że pokazówka jaką zafundował pan Ziobro nie była bez wpływu na ilość transplantacji. Możliwe, że pogłębiła zapaść ale dane które również można znaleźć na stronie Poltransplantu wskazują na zgoła inny obraz sytuacji. Spadek ogólnej liczby pobrań narządów od zmarłych następował już w poprzednich latach. 2004 r. 562 pobrania, 2005 r. 556. Spadek drastycznie przyspieszył w roku 2006, kiedy to dokonano ich tylko 496. Ale w 2007 zintensyfikował się bardzo w ciągu całego tego roku było ich jedynie 352.Przyjrzyjmy się jednak innym danym dotyczącym 2007 roku. Zatrzymanie doktora G. nastąpiło w połowie lutego, następujące potem dni to czas największego szumu dookoła tej sprawy. Liczba przeszczepów w lutym istotnie spadła w stosunku do stycznia. I choć jeśli chodzi o dziedzinę, w której specjalizował się dr. G. i którą miały dotknąć szczególnie reperkusje społeczne transplantacje serca, paradoksalnie akurat liczba przeszczepów wtedy wzrosła (trzy w styczniu, cztery w lutym, siedem w marcu). Statystyka ogólna szła jednak w przeciwnym kierunku. O ile w styczniu zrealizowano 102 przeszczepy, o tyle w lutym tylko 55. Mogłoby to wskazywać na realność tzw. efektu Ziobry. Cóż, kiedy następne miesiące komplikują ten obraz. Bo w maju liczba przeszczepów zaczyna się odbijać od dna, by w czerwcu osiągnąć liczbę niemal taką jak w styczniu 101. Aby następnie... znów zacząć spadać.
Można więc wysnuć wniosek, iż kryzys polskiej transplantologii rozpoczął się przed objęciem władzy przez PiS. Z całą pewnością zaś można powiedzieć, że nie został spowodowany przez ministra Ziobrę.
Ale skoro nie Ziobro i nie PiS to kto? I jak z tym walczyć? Jesteśmy w ogonie Europy jeżeli chodzi o transplantacje, a sytuacja zmienia się na lepsze ale bardzo powoli. Nie jestem specjalistą w tej dziedzinie, ale powodów rozkładu polskiej transplantologii doszukuje się nie w PiS a raczej w ogólnej degrengoladzie naszej służby zdrowia, która obrazowo mówiąc "pada na pysk" od jakiegoś czasu. Inaczej mówiąc winni są lekarze i szpitale a nie niechęć dawców. Oczywiście sytuacja zaczyna się zmieniać na lepsze, ale w latach 2007-2009 dopiero zaczęto wdrażać pewne struktury pomocne w zwiększeniu ilości transplantacji, jak np. stanowisko koordynatora do spraw transplantacji przy każdym ze szpitali z intensywną terapią, których zadaniem jest klasyfikacja i informowanie Poltransplantu o możliwych dawcach. Spadek liczby przeszczepów był wynikiem złego stanu finansowego szpitali (każda operacja chirurgiczna kosztuje czas i pieniądze, a pobranie np. serca trzeba wykonać przed upływem 3 godzin od śmierci, nie mówić już o innych narządach), braku chęci brania odpowiedzialności lekarzy za naprawdę trudną rozmowę w sprawie uzyskania zgody od rodziny, naprawdę niewielkie uświadomienie środowiska lekarskiego co do konieczności pozyskań organów (jako przykład podam województwo małopolskie: "...Na Pomorzu Zachodnim lekarze co roku zgłaszają ponad 60 dawców narządów. W Małopolsce w 2008 r. było dwóch dawców, w 2009 - pięciu. - Przypuszczam, że brakuje zainteresowania ze stron władz szpitali, ordynatorów, zwykłych lekarzy - tak ten wynik tłumaczy prof. Ostrowski." (czytaj całość artykułu)). Do tego dochodzi nikła praca uświadamiająca wśród społeczeństwa (chociaż ostatnio zaczyna się to zmieniać na lepsze za sprawą różnych programów promujących transplantację, nie można również zapomnieć choćby o Dodzie, mimo że dawstwo szpiku
komentarzy
Czwartek [16.09.2010, 11:55]
Po przeczytaniu GD Maliny
malina.pardon.pl/dyskusja/2890129/przyszlosc_blisko_juz_jest_tuz_tuz i zastanawiając się nad rozwiązaniem problemu starzejącego się społeczeństwa wpadłem na pewien pomysł. Iście Orwell'owski, ale jednak;-)
Problem starzejącego się społeczeństwa dotyczy nie tylko Polski - ogólnie cała Europa ma z tym ciężki orzech do zgryzienia;-) Wielodzietne rodziny dzisiaj to już dzisiaj rzadkość, a łatwo policzyć że aby wygenerować przyrost obywateli każde małżeństwo powinno mieć przynajmniej 3 dzieci... Ha, wiadomo - dzieci kosztują i wymagają mnóstwo czasu a na dodatek w dzisiejszym pędzie za karierą i postępującej emancypacji kobiety jakoś tak mniej chętnie w ogóle myślą o macierzyństwie;-)
Natomiast są kraje w których dzieci produkuje się taśmowo. Są kraje gdzie najpierw je mężczyzna, potem kobieta a na końcu dopiero to co zostanie dostaje się dzieciom. Są kraje, gdzie na cmentarzach gdzie groby przypominają kupki ziemi ograniczone z dwóch stron większymi kamieniami trudno znaleźć miejsce pochówku dorosłego pomiędzy malutkimi grobami dzieci. Są takie kraje, gdzie rodzice zgodziliby się bez wahania sprzedać dziecko za możliwość przeżycia następnego roku.
Więc zacznijmy importować dzieci;-))) Wyślijmy w świat komisje lekarskie, niech zbadają, ocenią potencjał i pozyskają czarnych, żółtych, kakaowych i oliwkowych brzdąców. Będzie fajnie i kolorowo;-))) Maluchów przekazujmy do polskich rodzin, albo twórzmy ochronki pod kontrolą rządu - niech wyłożą kasiurę skoro widzą problem z brakiem dzieci. Nie będzie gett których boi się Piratte, gdyż młodzi obywatele Polski będą od początku indoktrynowani naszą kulturą, edukacją, wiarą i - nie zapomnijmy - wpojoną chęcią do zasuwania do roboty od 18 roku życia...
Bądźmy kreatywni... A etykę i moralne dylematy zostawmy filozofom. Ponoć cel uświęca środki, czyż nie?:-)))
komentarzy
Czwartek [ 2.09.2010, 20:20]
Po lekturze paru artykułów pomyślałem sobie, żeby sprawdzić na czym i na kim eksperci rządowi naciułali kasiure, żeby zmniejszyć deficyt budżetowy do zakładanego poziomu. A że już podliczyli ile zaoszczędzili, dowiedziałem się z gazet. Niedługo rząd będzie głosował nad budżetem na 2011 rok, dobrze więc być zorientowanym co przyniesie nam przyszłość.
Ale najpierw teraźniejszość: Budżet na rok 2010 zakładał deficyt w wysokości 52,2 mld - budżet udało się dopiąć na poziomie 48,3 mld. Na rok przyszły zakłada się deficyt w wysokości 40,2 mld przy założeniu wzrostu PKB o 3,5 % i inflacji średniorocznej na poziomie 2,3 %. Te dane zostały już oficjalnie potwierdzone przez wiceminister finansów Hannę Majszczyk.
Jakoś udało się zejść poniżej zakładanego progu w wysokości 52,2 mld w bieżącym roku. Co do przyszłego budżetu - oszczędności mogą odbiegać od zakładanych, ale jakie są te sławetne, wzbudzające tyle kontrowersji plany oszczędnościowe?
Zaznaczam - nie podejmuję się oceniać poprawności ani zasadności tego, co zaplanowano na rok 2011. Interesują mnie wyłącznie liczby, a te są ciekawe;-)
Najwięcej udało się uzyskać z prywatyzacji - z planowanych 7 mld złotych zrobiło się 25 mld. Pod młotek pójdzie między innymi Giełda Papierów Wartościowych (ok. 1 mld) oraz wiele mniejszych spółek Skarbu Państwa. Rząd zmniejszy swoje udziały w PKO BP i PZU do 25%. Niewykluczona jest dalsza prywatyzacja Polskiej Grupy Energetycznej - 24% akcji Skarbu Państwa jest warte przy kursie dzisiejszym nawet 10 mld zł.
Po kolejne oszczędności sięgnięto do samego budżetu oraz podnosząc podatki lub obniżając świadczenia. Objęły one:
- Zmiany stawek VAT (podwyżka o 1 pkt proc.: z 22 na 23 %., z 7 na 8 %,, z 3 do 5 %.) - ok. 5 mld.
- Odebranie przedsiębiorcom możliwości odliczania podatku od paliwa oraz ograniczenia w możliwości odliczania VAT od aut z tzw. kratką - ok. 1,8 mld.
- Wprowadzenie budżetowej reguły, która zakłada, że wydatki będą mogły rosnąć tylko o 1 % ponad inflację. Efektem będzie zamrożenie płac w sferze budżetowej na ok. 4-5 lat. Przez okres obowiązywania tego przepisu rocznie zaoszczędzimy ok. 1,5 mld, zaś w pierwszym roku mówi się nawet o 3 mld.
- Likwidacja (czytaj sprzedaż) rządowych ośrodków szkolno-wypoczynkowych oraz gospodarstw pomocniczych - ok. 2 mld.
- Zniesieniu ulgi akcyzowej dla biokomponentów obowiązkowo dodawanych przez firmy naftowe do paliw - zaoszczędzimy na budżecie ok. 1,4 mld. Spowoduje to podniesienie cen paliwa o ok. 5-7 gr na litrze. Preferencyjne składki wygasną w kwietniu 2011 roku, a nowe nie zostaną wprowadzone.
- Wprowadzenie ustawy o racjonalizacji zatrudnienia w administracji publicznej - ok. 1 mld. Co to w praktyce oznacza? Otóż co 10 urzędnik straci pracę. Co ciekawsze rząd mógł pójść dalej - wg. firmy Delloite (międzynarodowa firma doradcza świadcząca usługi z zakresu: m.in. audyt, rachunkowość, doradztwo podatkowe, prawne i finansowe, zarządzanie ryzykiem) centralizacja zakupów i zastosowanie outsourcingu w administracji pozwoliłoby zaoszczędzić nawet 15 mld zł
- Odejście od ustawowej reguły 1,95 proc. PKB na armię - ok. 2 mld.
- Obcięcie o połowę zasiłku pogrzebowego - ok. 1,5 mld.
- Wzrost stawek akcyzy na papierosy o 4 proc. - 220 mln.
- Niepodwyższenie kryterium dochodowego w pomocy społecznej - 0,7 mld zł.
- Nowa metoda liczenia rent na podstawie kapitału emerytalnego - 12 mln. Niby niewiele, ale ponoć początek oszczędności w ZUS - znaczące mają być od 2015 roku a łącznie do 2020 r. nawet 7,6 mld
- Osoby, które wejdą w wiek emerytalny, nie nabędą już automatycznie uprawnień emerytalnych. Aby tak się stało, będą musiały od 2011 roku choćby na jeden dzień zwolnić się z pracy (dotyczy to 50 tyś. emerytów). Części z nich będzie się zapewne bardziej opłacało zostać na etacie. Oszczędności - ok. 0,7 mld
- Ograniczenie możliwości obniżania wpłat na Państwowy Fundusz Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych z tytułu niezatrudniania osób niepełnosprawnych ok. 360 mln.
- Wzrost VAT na książki (z 0 do 5 proc, lub z 0 do 8 proc, wyliczenia wg szacunków PIK) - ok. 150 mln
- Bilans finansów publicznych ma podreperować czysto rozrachunkowy zabieg - zmuszenie samorządów i państwowej administracji do korzystania ze wspólnego konta w Banku Gospodarstwa Krajowego. Oszczędność - ok. 10 mld.
Zaplanowano też inne zabiegi finansowe tym razem będące bardziej wydatkami lub ulgami, a nie oszczędnościami. Np.:
- Podniesienie limitu zwolnienia podmiotowego w VAT z 50 tyś. zł do 150 tyś. - ok. 300 mln.
- Wprowadzenie zwolnień podatkowych dla zagranicznych funduszy emerytalnych i inwestycyjnych - 72 mln.
- Zwolnienie z podatku udzielania pożyczek lombardowych wykonywanych przez podmioty inne niż banki - 25 mln.
- Ewidencjonowanie przychodów za pomocą kasy fiskalnej m.in, przez lekarzy i prawników - 250 min. W 2011 roku budżet musi zwrócić im ulgę i dofinansować zakup tych kas. Później, w przeciągu ok. 1,5 roku planuje się odzyskanie tej ulgi w dochodach.
Jeszcze raz podkreślam, nie podejmuję się oceny poprawności działań rządu. Chciałem tylko przedstawić wam konkretne liczby. Czy natomiast rząd zrobił dobrze, czy źle oraz najważniejsze czy zakładane sumy faktycznie znajdą odbicie w rzeczywistości to już temat na całkiem inne GD.
komentarze
Poniedziałek [ 5.07.2010, 22:37]
Po ogłoszeniu wyników wyborów zastanowiłem się przez chwilę jak wyglądała by sytuacja w Polsce gdyby jednak wygrał Jarosław Kaczyński. I doszedłem do wniosku, że dla PO byłoby znacznie korzystniej gdyby ten scenariusz się spełnił. Dlaczego?
Po pierwsze władza prezydenta w Polsce jest skutecznie ograniczana przez konstytucję. I dobrze - demokracja mimo, że obarczona wieloma wadami jest lepszym rozwiązaniem niż dyktatura. Nawet jeżeli prezydent zawetowałby ustawę, to przy posiadaniu poparcia w senacie można weto wepchnąć mu z powrotem do gardła. Nawet gdyby Jarosław Kaczyński dwoił się i troił wetując ustawy, jak robił to jego śp. brat to weto prezydenckie stanowiło dla PO raczej wymówkę niż konkretny, trudny do rozwiązania problem.
Po drugie - nie wierzę w nagłą przemianę Jarosława w miłującego pokój i wyciągającego rękę na zgodę polityka. Gdyby zasiadł w fotelu prezydenckim raz dwa pokazałby pazurki. W pamięci mam jeszcze niesnaski i żenujące spory pomiędzy Lechem Kaczyńskim i przedstawicielami partii rządzącej. Gdyby Lech nie zginął w Smoleńsku przegrałby z kretesem w obecnych wyborach - głównie dlatego, że ludzie mieli serdecznie dosyć ciągłych sporów u szczytu władzy, przesadnie twardego podejścia do polityki zagranicznej i kolejnych afer. Spory owe skutecznie absorbowały ludzi i odciągały ich uwagę od problemów z rządzeniem, na które to ludzie związani z PiS mieli tak naprawdę niewielki wpływ po tym, jak przegrali wybory po rozpadzie rządu. Śmiem twierdzić, że Jarosław jako prezydent nie odbiegałby prawie wcale od swojego brata. Po krótkim okresie spokoju, znów zaczęły by się jaja.
W obecnej chwili PO nie ma już tego luksusu. Ma pełnię władzy z silną opozycją na karku, która nie przepuści żadnego pretekstu, by wbić szpilę rządzącej partii. Nie będzie już pozycji "My chcemy, ale prezydent rzuca nam kłody pod nogi mimo wszystko zachowujemy spokój i nie odpłacamy pięknym za nadobne". Co więcej, postawa posła Palikota i jego wojownicze wypowiedzi wręcz odwracają sytuację. To, puls żywa jeszcze pamięć tragedii w Smoleńsku powodują, że sympatie ludzi zaczynają się skupiać na PiS, głównie w osobie Jarosława Kaczyńskiego. Znalazło to odbicie w wyniku wyborów.
Gdyby wygrał Jarosław Platforma miałaby jeszcze jedną wymierną korzyść. Jarosław pełniąc urząd prezydenta nie mógłby się zajmować prezesowaniem PiS. Do władzy doszłyby młode wilki, co mogłoby zmienić sytuację w partii, możliwe że i na lepsze. Obecny PiS to przede wszystkim Jarosław Kaczyński, podobnie jak PO to Donald Tusk. Zabrakłoby Jarka u steru, to kto wie jaką drogą podążyłaby partia.
Tak więc obecna sytuacja z Bronisławem Komorowskim jest lepsza dla Polski, gdyż PO musi się teraz wziąć ostro do roboty jeżeli chce wygrać wybory samorządowe i parlamentarne. Silna opozycja w postaci PiS będzie patrzeć władzy na ręce co będzie tylko z korzyścią dla nas wszystkich - monopole mają to do siebie, że nie kontrolowane korumpują. PO musi się więc teraz faktycznie wykazać, mam nadzieje że z korzyścią dla nas wszystkich.
Ale śmiem twierdzić że sytuacja odwrotna, z Jarosławem Kaczyńskim jako prezydentem byłaby znacznie wygodniejsza dla PO. Mieliby wymówki na pokrycie niepopularnych albo błędnych decyzji. Obecnie nie mają takowej i teraz pozostaje tylko patrzeć i oceniać jak PO wykorzysta kredyt zaufania
komentarzy
Środa [ 2.06.2010, 23:10]
Tak w skrócie wygląda projekt Komitetu Inicjatywy Ustawodawczej "Contra in Vitro". Oględnie rzecz biorąc kobieta poddająca się zabiegowi sztucznego zapłodnienia będzie podlegać karze do lat 3.
Przy całym szacunku dla wierzących katolików (którzy stanowią gro osób zrzeszonych w Stowarzyszeniu), nie mogę sobie wyobrazić logicznej argumentacji takiego postępowania.
Tym bardziej, że wypływa po raz kolejny właśnie przed wyborami...
Wiem, że in vitro to ogólnie śliski temat. Ale swoje zdanie moge mieć - a jest ono jasne - puknijcie sie w głowe szanowni posłowie!!!
komentarze
Poniedziałek [ 2.03.2009, 23:21]
Po przeczytaniu opublikowanego na Pardonie artykułu dotyczącego gen. Skrzypczaka i rewelacji związanych z jego - delikatnie mówiąc - relacjami damsko-męskimi, zdałem sobie sprawę iż całkiem spory odsetek ludzi potępia jego wyczyny nie tylko dlatego, że jest na przysłowiowym świeczniku (jako dowódca Wojsk Lądowych), ale również dlatego że reprezentuje wojsko. Wojsko, które zawsze było w czołówce zawodów z tak zwanej grupy wysokiego zaufania. Jeżeliby postawić w jednym rzędzie żołnierza czy strażaka i takiego np. polityka, a potem zapytać kogo Polacy bardziej darzą zaufaniem to wynik jest łatwy do przewidzenia.
A potem zapytałem sam siebie - jak to, że Polacy tak mało ufają politykom wpływa na zmiany sympatii wobec partii politycznych czy konkretnych polityków - zarówno na wzrost tych sympatii jak i na ich spadek (a w efekcie na wzrost zjadliwych komentarzy na Pardonie:).
Zaufanie społeczne było w przeszłości tematem wielu badań i opracowań naukowych. W ramach prac teoretycznych i empirycznych traktowano o zaufaniu pozycyjnym, technologicznym, instytucjonalnym, systemowym, osobistym czy komercyjnym. Ciągłym badaniem tegoż zajmują się w Polsce odpowiednie instytucje (np. OBOP) i dla niektórych wyniki wysokiego poparcia społecznego (na które przekłada się zaufanie społeczne w przypadku polityków) stanowią o wymiarze sukcesu i słuszności swoich działań (tu akurat wyszedł mi całkowicie zamierzony przytyk w kierunku premiera Tuska:). Ale powiedzenie "Łaska pańska na pstrym koniu" jeździ jest w naszym kraju dobrze znane i jako takie doskonale da się przełożyć na nastroje społeczne.
Przyjrzyjmy się troszkę bliżej jak to jest z tym naszym zaufaniem:)
Z zaufaniem prywatnym sprawa jest jasna - zaufanie wobec własnej rodziny, bliskich a także najbliższych sąsiadów było zawsze u nas bardzo wysokie.
Jeżeli mówimy o zaufaniu publicznym każdy jest mniej więcej w stanie sam sobie odpowiedzieć. Jedne zawody i instytucje cieszą się sporym zaufaniem publicznym, inne mniejszym. Powszechną sympatią, szacunkiem i zaufaniem cieszą się służby ratownicze (strażacy, ratownicy górniczy, medyczni), kościół, wojsko, nauczyciele i naukowcy, lekarze, policjanci, górnicy (bez zachowania gradacji - procenty się zmieniają, ale te profesje zawsze były w czołówce) Bardzo ufamy również telewizji i mediom. Na szarym końcu natomiast jest brać sejmowa i urzędnicy państwowi, szczególnie powiązani z partiami.
Trzeci typ zaufania tzw. uogólnione, czyli zaufanie wobec innych ludzi.... Hmm... tu się zdziwiłem. Wychodzi na to, że Polacy chronicznie nie ufają innym ludziom. Wg. badań i statystyk, które udało mi się znaleźć przez Google'a wychodzi na to, że brak zaufania i ostrożność do innych ludzi deklaruje prawie 80% Polaków. I nie ważne, czy chodzi o rodaków, czy obcokrajowców. Co więcej - pomiędzy rokiem 2003 a 2008 ten stosunek wzrósł o kilka punktów procentowych.
Jesteśmy cholernie nieufni:) Spadek po PRL? Czy cecha wrodzona Polaków? To akurat temat na inne opracowanie. Jak to się wszystko przekłada na politykę w Polsce?
Jeżeli przyjmiemy, że:
a) Politycy i partie polityczne są niewarte zaufania
b) Polacy z natury nie ufają innym, a już szczególnie politykom i partiom politycznym. Przeciętny Polak znacznie szybciej da posłuch złym informacjom na czyjś temat, bo to w końcu "na pewno prawda"
Dodając te dwa punkty do potwierdzonego zaufania do mediów sami sobie odpowiedzcie na pytanie, jak najłatwiej zbić kapitał polityczny w naszym kraju? Jak wygrać w wyborach? Dlaczego rządy w naszym kraju zmieniają się na zasadzie sinusoidy i dlaczego tak często w naszym Sejmie trafiają się figury, którym wręcz jedzie z gęby nienawiścią i dlaczego mimo ewidentnych braków w okolicy głowy mają posłuch?
Ergo. Ludziska, włączcie filtr na populistów. Przyglądajcie się uważnie, myślcie, patrzcie wokół siebie. I nie dajcie się manipulować. Wiele osób będzie chciało wybić się w dobie kryzysu, nie reprezentując sobą nic oprócz umiejętności wrzeszczenia pod publikę. Mam nadzieje, że zachowamy zdrowy rozsądek. Na Pardonie też.
komentarze
Środa [25.02.2009, 22:25]
Czytając artykuły i GD, w większości o niezbyt pozytywnym i optymistycznym wydźwięku pomyślałem, że mimo wszystko warto czasami spojrzeć na politykę z przymrużeniem oka:) Pogrzebałem w sieci i zaowocowało to niniejszym zestawem. Niektóre mają już brodę, ale większość można po zmianie nazwisk z powodzeniem zaadaptowac do dzisiejszej rzeczywistości. Oczywiście jak znacie dobre i na czasie, będę wdzięczny za podzielenie się... Enjoy boys and girls:)
W celu uspokojenia światowych rynków finansowych Jarosław K. zakłada konto bankowe!
Politycy są jak pieluchy: trzeba ich często wymieniać, z tego samego powodu.
Dlaczego wybuchła afera w Samoobronie?
A to wszystko wina braku ogonków w polskich literach...
W sms-ach Łyżwiński napisał Anecie K:
"Zrób mi łaskę i zostań dyrektorem mojego biura poselskiego".
Kobieta twierdzi przed sądem, że była wprawdzie trzy razy zamężna, ale nadal jest dziewicą. Sędzia pyta, jak to było możliwe.
- Mój pierwszy mąż był impotentem, drugi homoseksualistą, a trzeci posłem.
- I co z tego? - dziwi się sędzia.
- Ten trzeci tylko obiecywał i obiecywał...
7 na 10 Polaków żyje w stresie...
...a pozostałych 3 w Londynie.
Dziś rano Lech Kaczyński ogłosił ambitny plan dla IV RP, plan dostał kryptonim AKCJA WISŁA. Akcja ma polegać na pogłębianiu dna i trzymaniu się koryta.
Pyt: Idzie sobie trzech posłów w długich płaszczach, po czym poznać, że jeden z nich jest z Samoobrony?
Odp: Jeden ma płaszcz wpuszczony w spodnie.
- Jak nazywa się kogoś w budynku Sejmu kto jest uczciwy, etyczny i inteligentny?
- Uczestnik wycieczki szkolnej.
W jakiejś mieścinie odbywa się wiec. Na podium stoi gość w garniturze i wykrzykuje:
- Precz z obłudą! Precz z pedofilią! Precz z...
Ktoś z tłumu słuchaczy się wychylił i krzyknął:
- Panie! Coś się pan tak tych księży uczepił?!
Nowe przedmioty od 1 września:
a) religia z elementami fizyki
b) religia z elementami biologii
c) dewocjonalia- zajęcia praktyczno-techniczne
Skala ocen z zachowania:
przewielebny
wielebny
ledwie wielebny
niewielebny
666
Dziadek parkuje starego rzęchowatego maluszka pod sejmem.
Wyskakuje ochroniarz:
- Panie, zjeżdżaj pan stąd! To jest sejm, tu się kręcą posłowie i senatorowie!
Dziadek na to: - Ja się nie boję, mam alarm.
Dlaczego w Niemczech po wyborach od razu tak szybko stworzono koalicję rządzącą?
- Bo tam nikt nie robi problemu z dziadka w Wermachcie.
Ostatnio w Ministerstwie Sprawiedliwości urzędnicy witają się słowami:
- "Dzień Ziobry"
a żegnają:
- "Do więzienia!"
Egzaminy wstępne na kierunek nauk politycznych. Profesor rozmawia z kandydatką:
- Co Pani wiadomo na temat programu ekonomicznego dla Polski realizowanego przez ministra Hausnera?
Dziewczyna milczy.
- No to co Pani wie o polityce społecznej Leszka Millera?
Dziewczyna milczy.
- A wie Pani kto to jest Leszek Miller?
Dziewczyna milczy. Profesor myśli, że jest niemową:
- A skąd Pani pochodzi?
- Z Bieszczad Panie Profesorze.
Profesor podszedł do okna, wygląda na ulicę, chwilę się zastanawia i mówi do siebie:
- Kurde... może by tak wszystko pierdyknąć i wyjechać w Bieszczady!
- Panie doktorze, mój interes tak bardzo mi zmalał. Co robić?
- Owinąć w gazetę wyborczą, ona wszystko wyolbrzymia.
Na koniec cytowany już kiedys przeze mnie:
Przychodzi facet do biura pośrednictwa pracy...
- Dzień dobry, czy znajdzie się dla mnie jakaś praca?
- Ależ oczywiście. Pensja 10000 na rękę od zaraz, służbowy telefon, laptop i samochód z kierowcą, prywatna opieka medyczna i sponsorowane wczasy.
- Ooo... naprawdę?? Chyba pan sobie ze mnie żartuje?
- No tak. Ale to pan zaczął....
Oraz the last but not last:
- Mam kredyt we frankach:))))
komentarzy
Czwartek [12.02.2009, 15:01]
Bazując na ostatniej kampanii medialnej, lejącej miód w uszy przeciętnego Polaka zacząłem się zastanawiać czy ma ona jakiekolwiek szanse powodzenia?. Czy wydawanie pieniędzy na ekspertów od socjotechniki i reklamy odniesie skutek?.
Czy PiS wróci do władzy?
Hmm... znając historię i chociaż troszkę próbując wejść w skórę przeciętnego Polaka, który tak naprawdę nie za wiele się zna ani interesuję polityką muszę powiedzieć że takowa szansa istnieje. Jeżeli ekipa premiera Tuska nie wykorzysta swojego czasu i kredytu zaufania, to na fali populizmu, efektów kryzysu i prawdopodobnie możliwego spaprania EURO 2012 (to byłby gwóźdź do trumny:) partia pana Jarosława Kaczyńskiego zgodnie z efektem sinusoidy znów znajdzie się na szczycie.
Ale nie o to mi chodzi tak naprawdę. Przypuśćmy, że wszystko pójdzie gładko i wszystko się uda panu premierowi (czego zresztą sobie, mu i reszcie rodaków szczerze życzę:) Co wtedy z PiS? Czy jest szansa, że zdołają przeciągnąć ludzi na swoją stronę? Otóż jest. Ale pod pewnymi warunkami.
- nie obiecywać gruszek na wierzbie ani nie mówić ogólnikami. Nic tak ludzi nie denerwuje jak niespełnione obietnice wyborcze. Nie mówiąc już o tym, że wprost daje się w ten sposób argumenty przeciwnikom politycznym jeżeli cos pójdzie nie tak. Obiecywać konkretne rzeczy, podawać konkretne liczby, daty i terminy. I publicznie wszem i wobec się z nich rozliczać. Jak ludzie zobaczą, że nawet mniej optymistyczne, ale realne obietnice są dotrzymywane, to sami wiecie rozumiecie:)
- postawić na ludzi młodych, charyzmatycznych, perspektywicznych oraz na uznane autorytety. Nie stawiać na postacie, które sprawiają wrażenie jakby nawet z mapą nie potrafiły znaleźć własnego tyłka. Oburącz!
Kreować liderów w mediach, chwalić się nimi jeżeli mają coś do zaofiarowania. Oprócz rasowych polityków zmontować ekipę specjalistów wszelkich dziedzin. Skończyć wreszcie z rządami niefachowców, niech wreszcie ludzie znający realia danego resortu zaczną nimi zarządzać a nie dopiero uczyć się w biegu. I za wszelką cenę nie dopuszczać do sytuacji gdy okazuje się, że wybraniec partii ma na karku policję albo sąd. W idealnym PiS'ie normy etyczne i moralne podczas wyboru kandydatów do pierwszych szeregów partii powinny być najwyższej próby.
- skończyć z przepychankami słownymi i w mediach, jak i na sali sejmowej. Promować partię logiką, merytoryczną dyskusją i argumentami których nie sposób obalić. Nie dawać się wyprowadzać z równowagi a jeżeli już krytykować to z sensem i przekonaniem, że ma się w zanadrzu lepsze, korzystniejsze rozwiązanie.
- wejść w końcu w kontakt ze społeczeństwem a nie tylko uśmiechać się z ekranu. Internet, jak widać po Pardon.pl jest idealnym medium do dwustronnej komunikacji. Postawić na sondy, referenda, całą tą menażerie internetowo-medialną która pokaże czy dane postanowienia, ustawy, decyzje są wg społeczeństwa dobre, złe czy takie sobie. A może ktoś z szarej masy pracującej ma jakiś fenomenalny pomysł na problemy trawiące polską gospodarkę?:))) Pytać się ludzi co o tym wszystkim sądzą, a nie tylko wywalać pieniądze na ekspertów:)
- rozliczać się!!! Ze wszystkiego co się zrobiło, skrupulatnie i bez koloryzowania. Ludzie wolą najgorszą prawdę od dupereli. A jak już się skrewiło, to oficjalnie przeprosić, znaleźć przyczynę i ją usunąć. Albo przynajmniej spróbować ją usunąć. I starać się nie kłamać:) Chociaż, znając fach polityków bardziej jest prawdopodobne że zginie jeden z drugim od trafienia meteorytem. Ze złota!
Można by tak mnożyć i mnożyć ale jeżeli chociaż te warunki PiS spełni ma wielką szansę stać się ponownie liczącą się siłą w Polsce. Zresztą i PO by się przydało:)
Ale, ale jak na razie to fantastyka naukowa i nic poza tym. Amen:)
komentarzy
Miałem wątpliwości po przeczytaniu GD Paris na temat winy afery rozpętanej przez PiS w 2007 roku, która spowodowała spadek wykonanych w Polsce transplantacji organów. Wynikały one z tego, że mimo niezaprzeczalnej medialnej nagonki na środowisko lekarskie które rozpoczął pan Ziobro i spółka nie widziałem bezpośredniego przełożenia pomiędzy spadkiem transplantacji a drastycznym spadkiem zaufania ludzi do lekarzy jak to sugerowała Paris. Zazwyczaj nic nie jest czarno-białe, więc obarczanie winą rządów PiS za stan rzeczy w 2007 roku jak i w kolejnych latach wydało mi się nieco naciągane. Tym bardziej że jest powtarzane wręcz we wszystkich mediach jakie udało mi się znaleźć jako jedna z głównych "zbrodni" PiS jakie popełniło za czasów swoich rządów.
Ale do rzeczy. Zacznę od prawa. Zgodnie z ustawą z dnia 1 lipca 2005 r. o pobieraniu, przechowywaniu i przeszczepianiu komórek, tkanek i narządów (czytaj) - art. 5: "Pobrania komórek, tkanek lub narządów ze zwłok ludzkich w celu ich przeszczepienia można dokonać, jeżeli osoba zmarła nie wyraziła za życia sprzeciwu.". W Polsce w centralnym rejestrze sprzeciwów są zgłoszenia od 33 tys. osób. Od pozostałych teoretycznie lekarze mogą więc pobierać narządy - i to już od lipca 2005 roku. Oczywiście nie robią tego na przysłowiowego "chama". Jak mówi koordynator ds. transplantacji, lekarz anestezjolog w jednym z podkarpackich szpitali doktor Tadeusz Nowosad "Gdyby lekarze tak robili, to zaraz o tym byłby powiadomiony prokurator, zaalarmowane byłyby media. Dlatego z rodziną chorego się rozmawia, przekonuje. I to jest teraz moje zadanie jako koordynatora ds. transplantologii. To są bardzo trudne rozmowy, pewnie nie zawsze będą kończyły się pobraniem narządów". Wiadomo - problem przekazania rodzinie przytłaczających wieści i jednoczesne proszenie ich o zgodę na pobranie narządów jest naprawdę trudną sprawą, z moralnego i etycznego punktu widzenia. Ale nie z punktu widzenia prawa - tu sprawa jest jasna. Może to nieco okrutne ale taka zgoda nie jest po prostu potrzebna.
Teraz nieco o etyce i moralności. I o obawach które mają krewni zmarłego lub bardzo ciężko chorego zakwalifikowanego do przeszczepu. Czego się boją? Powodów jest wiele. Pokutuje na przykład przeświadczenie, że w sytuacji zagrożenia życia osoby, która zadeklarowała dawstwo swoich organów, lekarze niezbyt usilnie ją ratują, licząc na pobranie narządów po jej śmierci. Wiele osób uważa też, że dostęp do transplantacji nie jest sprawiedliwy, a narządy trafiają w pierwszej kolejności do pacjentów bogatych i sławnych. Niektórzy natomiast mniemają, że pobrane organy mogą być za duże pieniądze sprzedawane na czarnym rynku. I obawy te są nawet dla mnie zrozumiałe, ale po drugiej stronie barykady stoją z nadzieją ludzie którym te organy uratują życie. A skoro specjaliści twierdzą, że tkanki i organy pobrane od jednej osoby mogą uratować życie nawet 50 innych osób, więc dla mnie osobiście (podkreślam, że to wyłącznie moje zdanie) dylematy rodziny nad zmarłym i jego "przyległościami" są nieco małostkowe. Jemu naprawdę już do niczego się nie przydadzą.
Natomiast sprawa rządów PiS i spadku wykonywanych przeszczepów. Skoro Paris odesłała mnie do stron Poltransplantu, zaciekawiony zerknąłem na ową stronę i cóż znalazłem? Zgodnie z biuletynem z roku 2007 (czytaj) Za prof. Januszem Walaszewskim, dyrektorem Poltransplantu: "Po raz pierwszy od dziesięciu lat liczba zidentyfikowanych w 2006 r. zmarłych dawców narządów w Polsce wykazała tendencję spadkową. W większości województw (...) liczba zgłoszonych dawców była niższa w porównaniu z 2005 r. Zmniejszenie liczby zmarłych dawców z 14,5 na 1 mln mieszkańców w 2005 roku do 13,0 w roku ubiegłym spowodowało spadek liczby wykonanych przeszczepów o około 150. W roku 2005 przeszczep otrzymało 1400 biorców, a w 2006 r. 1257". Jak więc widać kryzys zaczął się zanim jeszcze wyniknęła afera z doktorem G. Co więcej, w niektórych rodzajach przeszczepów ten kryzys zaczął się znacznie wcześniej. Na przykład spadek liczby przeszczepów wątroby zaczął się istotnie dopiero w 2006 roku, ale zmniejszanie się liczby transplantacji serca znacznie wcześniej. Ich liczba obniżała się od 121 w 2003 r. do 104 w 2004 r. i 95 w 2005 r. Rok 2006 to znów 95 transplantacji serca.
Nie twierdzę, że pokazówka jaką zafundował pan Ziobro nie była bez wpływu na ilość transplantacji. Możliwe, że pogłębiła zapaść ale dane które również można znaleźć na stronie Poltransplantu wskazują na zgoła inny obraz sytuacji. Spadek ogólnej liczby pobrań narządów od zmarłych następował już w poprzednich latach. 2004 r. 562 pobrania, 2005 r. 556. Spadek drastycznie przyspieszył w roku 2006, kiedy to dokonano ich tylko 496. Ale w 2007 zintensyfikował się bardzo w ciągu całego tego roku było ich jedynie 352.Przyjrzyjmy się jednak innym danym dotyczącym 2007 roku. Zatrzymanie doktora G. nastąpiło w połowie lutego, następujące potem dni to czas największego szumu dookoła tej sprawy. Liczba przeszczepów w lutym istotnie spadła w stosunku do stycznia. I choć jeśli chodzi o dziedzinę, w której specjalizował się dr. G. i którą miały dotknąć szczególnie reperkusje społeczne transplantacje serca, paradoksalnie akurat liczba przeszczepów wtedy wzrosła (trzy w styczniu, cztery w lutym, siedem w marcu). Statystyka ogólna szła jednak w przeciwnym kierunku. O ile w styczniu zrealizowano 102 przeszczepy, o tyle w lutym tylko 55. Mogłoby to wskazywać na realność tzw. efektu Ziobry. Cóż, kiedy następne miesiące komplikują ten obraz. Bo w maju liczba przeszczepów zaczyna się odbijać od dna, by w czerwcu osiągnąć liczbę niemal taką jak w styczniu 101. Aby następnie... znów zacząć spadać.
Można więc wysnuć wniosek, iż kryzys polskiej transplantologii rozpoczął się przed objęciem władzy przez PiS. Z całą pewnością zaś można powiedzieć, że nie został spowodowany przez ministra Ziobrę.
Ale skoro nie Ziobro i nie PiS to kto? I jak z tym walczyć? Jesteśmy w ogonie Europy jeżeli chodzi o transplantacje, a sytuacja zmienia się na lepsze ale bardzo powoli. Nie jestem specjalistą w tej dziedzinie, ale powodów rozkładu polskiej transplantologii doszukuje się nie w PiS a raczej w ogólnej degrengoladzie naszej służby zdrowia, która obrazowo mówiąc "pada na pysk" od jakiegoś czasu. Inaczej mówiąc winni są lekarze i szpitale a nie niechęć dawców. Oczywiście sytuacja zaczyna się zmieniać na lepsze, ale w latach 2007-2009 dopiero zaczęto wdrażać pewne struktury pomocne w zwiększeniu ilości transplantacji, jak np. stanowisko koordynatora do spraw transplantacji przy każdym ze szpitali z intensywną terapią, których zadaniem jest klasyfikacja i informowanie Poltransplantu o możliwych dawcach. Spadek liczby przeszczepów był wynikiem złego stanu finansowego szpitali (każda operacja chirurgiczna kosztuje czas i pieniądze, a pobranie np. serca trzeba wykonać przed upływem 3 godzin od śmierci, nie mówić już o innych narządach), braku chęci brania odpowiedzialności lekarzy za naprawdę trudną rozmowę w sprawie uzyskania zgody od rodziny, naprawdę niewielkie uświadomienie środowiska lekarskiego co do konieczności pozyskań organów (jako przykład podam województwo małopolskie: "...Na Pomorzu Zachodnim lekarze co roku zgłaszają ponad 60 dawców narządów. W Małopolsce w 2008 r. było dwóch dawców, w 2009 - pięciu. - Przypuszczam, że brakuje zainteresowania ze stron władz szpitali, ordynatorów, zwykłych lekarzy - tak ten wynik tłumaczy prof. Ostrowski." (czytaj całość artykułu)). Do tego dochodzi nikła praca uświadamiająca wśród społeczeństwa (chociaż ostatnio zaczyna się to zmieniać na lepsze za sprawą różnych programów promujących transplantację, nie można również zapomnieć choćby o Dodzie, mimo że dawstwo szpiku